Śniło mi się, że jestem w górach, w zimie, w środku śnieżnej zamieci. Było bardzo zimno i opadałem już z sił. Pojawiła się myśl, że zaraz umrę.

I wtedy zauważyłem leżącą w śniegu otwartą wielką książkę – Biblię i uświadomiłem sobie, że nie mogę umrzeć, ponieważ jestem nieśmiertelny. Z jednej strony poczułem ulgę i radość, strach zniknął i nawet mróz i wicher stały się mniej dotkliwe, pomyślałem jednak, że wraz z ustąpieniem napięcia i niepewności co do mojego dalszego losu, zniknęła także jakaś pozytywna część mnie – wola przetrwania, podniecenie, mobilizacja energii… Skoro mam pewność, że główny bohater na 100% nie zginie, to najstraszniejszy horror nagle staje się nieco mniej strasznym najstraszniejszym horrorem.

Więc powróciłem do koncepcji, że może jednak muszę się wykazać inteligencją i determinacją, sprytem i silną wolą, ale popatrzyłem na Biblię i zrozumiałem, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. W myślach zwróciłem się do Boga z pretensją, że kurczę, jednak zepsuł mi trochę zabawę, ale Bóg przekazał mi telepatycznie prostą odpowiedź, że nie mam się co martwić czy wściekać, bo pomimo, że prawda jest zapisana, to i tak nikt jej nie czyta.

– Ale ja przeczytałem! – pomyślałem z wyrzutem. – Inni też mogą przeczytać!

– Ale nikt nie rozumie przekazu – uspokoił mnie Bóg.

– Ale niektórzy rozumieją – nie dawałem za wygraną.

– Ale zaraz zapomną – Wszechmocny miał na wszystko odpowiedź.

Schroniłem się w góralskiej chacie i przez okno patrzyłem jak inni błądzą w śnieżycy.